8aPraktykując medytację, w której jest się obserwatorem własnego umysłu, myśli i emocji, bardzo szybko zauważa się naturalną skłonność do łatwego popadania w stany negatywne. Depresja, chandra, smutek, złość, zazdrość, poczucie niskiej wartości, pretensje do całego świata i do siebie, lęk oraz wiele innych uczuć łatwo „odpalają się” w głowie. Oczywiście medytacja tylko ujawnia te emocje, pozwala je sobie uświadomić. U ludzi nie praktykujących medytacji negatywne emocje również są obecne, ale tkwią w podświadomości. Mamy do nich naturalną skłonność. Uczucia pozytywne zaś przychodzą rzadziej i trzeba trochę o nie zadbać. Wymagają troski, uwagi, a nawet czasami wysiłku. Dlaczego tak jest?

Emocje negatywne są wskaźnikiem jakiegoś niebezpieczeństwa, pełnia rolę ostrzegawczą. Niestety, bardzo często zagrożenia, które je wywołują maja charakter iluzoryczny albo neurotyczny. Jeżeli czuje smutek, ponieważ podejrzewam, że najbliższa osoba przestaje mnie kochać, to nie byłoby w tym niczego złego, gdyby to był prawda. To naturalna reakcja. Jeżeli jednak do takiego wniosku doprowadza mnie fakt, że na przykład osoba ta nie zadzwoniła do mnie wtedy, gdy obiecała, to jest to reakcja neurotyczna, nie mająca wiele wspólnego z rzeczywistością.. W mojej głowie może powstać cały scenariusz filmu rozpadu ważnego związku, tylko z tego powodu. Dlaczego tak się dzieje? Jakie potrzeby spełnia tego rodzaju zachowanie? Czyż nie stajemy się wtedy dla siebie samych niezmiernie ważni? Czyż nasz osobisty dramat nie staje się najważniejszym wydarzeniem na świecie? Czy za tym wszystkim nie jest ukryte nasze małe, słabe i za wszelką cenę chcące utrzymać iluzję o własnej, niezwykłej ważności, ego?

zakończenie związku3Przecież historie dramatyczne, a nawet tragiczne zawsze bardziej przykuwały nasza uwagę niż sielanki i opowieści o szczęściu. No chyba, że jest ono wynikiem jakichś niezwykłych perypetii i kłopotów. Może dlatego jest tak, ponieważ nasz mózg nastawiony jest na wyszukiwanie zagrożeń. Dzięki temu od milionów lat dajemy sobie, jako gatunek, radę na tej planecie. W porę zauważaliśmy niebezpieczeństwa, by się przed nimi ochronić. Niestety, dziś nie jesteśmy już tak bardzo na nie narażeni, ale system wewnętrznego reagowania pozostał i musi się czymś żywić. Może właśnie dlatego wymyślamy sobie niebezpieczeństwa urojone, czyli neurotyczne.

Tylko że takie neurotyczne postawy mogą stać się powodem „samospełniającej się przepowiedni”. Nawet jeżeli wcześniej nie było realnego zagrożenia, to swoja postawą i działaniami możemy takie zagrożenie spowodować. Jeżeli na przykład, na swoje podejrzenia o brak miłości u partnera zareagujemy zazdrością, przygnębieniem, smutkiem, ukryta agresją lub nawet ucieczką od kontaktu, to może się okazać, że partner rzeczywiście po jakimś czasie zacznie zachowywać się zgodnie z naszymi oczekiwaniami i oddali się od nas. Zagrożenie może wtedy stać się zupełnie realne. Co jeszcze dodatkowo potwierdzi nasze przekonanie o trafności naszego pierwotnego (neurotycznego) rozpoznania. Błędne koło.

Z drugiej strony, całkowite zamknięcie umysłu na zagrożenia, chociażby poprzez proces narzucenia sobie tzw. pozytywnego myślenia może uodpornić nas na ewidentne oznaki kryzysu. Dotyczy to nie tylko związków partnerskich. Także nasze decyzje finansowe mogą na tym bardzo ucierpieć. Otrzeźwienie zazwyczaj przychodzi zbyt późno. Nadmierny optymizm i pewność siebie może być przyczyną prawdziwej katastrofy. Wiele osób jest dziś przekonanych, że największy w ostatnich dziesięcioleciach kryzys finansowy jest wynikiem zbyt rozpowszechnionego w społeczeństwie amerykańskim „pozytywnego myślenia”. To właśnie nadmierny optymizm znieczulił inwestorów na zagrożenia.

sukcesNikt nie zauważał zagrożeń, ponieważ wszyscy mieli nadzieję na niekończąca się prosperity. Ci, którzy zauważali problemy, postrzegani byli przez „optymistów” jako „malkontenci”, „czarnowidze” itp. Dziś ówcześni „pesymiści” maja satysfakcję w postaci nienaruszonego konta, podczas gdy optymistyczni posiadacze akcji mają teraz zaledwie połowę swojego kapitału i długo jeszcze poczekają, aż wyjdą na zero. Może więc czasami warto być „pesymistą”.

Najkorzystniej oczywiście jest być „realistą” czyli uważnym obserwatorem świata. Zarówno świata zewnętrznego, jak i świata naszych myśli, emocji i uczuć. W rzeczywistości jest to jeden świat, wzajemnie na siebie wpływający. Zachowując postawę świadka, możemy obiektywnie zacząć postrzegać nasze emocje i zauważać neurotyczne mechanizmy powstawania emocji negatywnych, które upodobała sobie nasza podświadomość i nasze ego. Uświadomienie sobie ich odbiera im moc, którą świadomie możemy skierować na tworzenie emocji pozytywnych, związanych na przykład z prostymi doświadczeniami zmysłowymi: dobrym jedzeniem, sztuką, zapachem kwiatów, seksem, pięknem przyrody itp. Możemy także ożywić je w kontekście związków uczuciowych, relacji społecznych, pracy, twórczości. Zawsze jest jakiś powód, by poczuć się dobrze, a jak się poszuka, to się go znajdzie.

Pozytywne myślenie bowiem nie polega na zahipnotyzowaniu siebie samego tak, by widzieć halucynacje: nie kończący się wzrost finansowy, albo idylliczny związek miłosny, w którym nie ma żadnych konfliktów (ponieważ nie ma w ogóle komunikacji). Oczywiście prorocy religii „wiecznego narcyzmu” będą do końca swoich dni zachwalać tego rodzaju autohipnozę. I znajdą miliony zwolenników chętnych poddać się iluzji „sukcesu we wszystkich dziedzinach”. Jednak wcześniej czy później życie da nam TAKIEGO kopa, że z każdej hipnozy wyskoczymy z okrzykiem bólu! Widziałem wielu zwolenników fałszywych „guru sukcesu”, którzy płacili za swoje iluzje długotrwałymi depresjami. Nie mówiąc już o bardzo dużych stratach finansowych. Im bowiem droższa iluzja, tym bardziej pociąga. Czasami sama cena „warsztatów sukcesu” potrafi stworzyć iluzję, że jest to coś naprawdę wartościowego. Ludzie całymi miesiącami lub latami zbierają na treningi sukcesu (im droższe tym lepsze przecież), potem jeszcze długo uważają, że odkryli „Świętego Grala”. Jakże trudno przyznać się im przed samym sobą, że tak łatwo się dali się uwieść i wykorzystać finansowo. Prawdziwa ocena przychodzi dopiero z czasem, gdy opadną umiejętnie nakręcone przez „guru sukcesu” pozytywne emocje. Taka hipnoza potrafi trzymać umysł przez całe lata.

Chętnie się jej poddajemy, podobnie jak chętnie rano śnimy piękny sen, a budzik jest naszym największym wrogiem. Nie znosimy go gdy dzwoni, prawda? Prawdziwe życie jednak daje o wiele większą satysfakcję niż nawet najpiękniejszy sen. No, chyba że jest to sen świadomy, ale to zupełnie inna sprawa. W takim śnie doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, że iluzja to iluzja. Nie mylimy jej z rzeczywistością. W zwykłym śnie, nawet najpiękniejszym, iluzja w pełni kontroluje nas i nasze doświadczenia. Nie ma tam za wiele wolności. Czyż nie lepiej obudzić się z takiego snu naturalnie i łagodnie, spokojnie i uważnie, z troską przyglądając się światu i sobie, niż czekać na porządnego kopa?

Czy jestem wrogiem pozytywnego myślenia i pozytywnych emocji? Absolutnie nie! Pozytywne emocje są niezwykle ważne i cenne, sprawiają, że chce się żyć! Wzmacniają nasz system odpornościowy i zwiększają zdolności  twórczego rozwiązywania problemów. Przyciągają do nas innych ludzi, działają jak magnes, ponieważ ludzie pragną ich bardzo mocno.  Trzeba jednak uważać, by miały one swoje głębokie zakorzenienie w rzeczywistości, a nie służyły jedynie podtrzymywaniu kosztownych iluzji i snów. Wcześniej czy później bowiem przyjdzie czas, gdy budzika już nie da się dłużej ignorować.


Jeżeli chcesz otrzymywać powiadomienia o nowych artykułach, nagraniach i wydarzeniach zapisz się na nasz newsletter!


Jeżeli chcesz porozmawiać o tym artykule, możesz zrobic to na moim koncie na Facebooku. Kliknij w link, polub mój profil i napisz tam posta.